Navigation Menu

featured Slider

Featured Post

Random Post

ZMIANA ADRESU

Od dziś jestem tutaj:
Dwie ćwiartki
Do spotkania tam, mam nadzieję :)

MAGAZYN LALEK, BITWA NA SCENOGRAFIĘ I KABARET POLITYCZNY...

... czyli jak to naprawdę było z Małym poliglotą w Pleciudze.

W pierwszą sobotę lutego dzieci z Uniwersytetu Dziecięcego Mały poliglota” zwiedzały pod moją opieką Pleciugę. Brzmi ładnie i dosyć prosto, prawda? I rzeczywiście, było ładnie. Ale wcale nie tak prosto. Jeśli myślicie, że ogarnięcie gromady dzieci szalejących po zakamarkach teatru jest łatwe, to mało wiecie o dzieciach. Tak jak ja, bo mimo paru lat pracy z nimi jeszcze się czasem łudzę.

A gdy się dodatkowo weźmie pod uwagę, że do żywiołu dzieci dołożyły się moje problemy zdrowotne, które oczywiście musiały wyskoczyć akurat wtedy, to tylko podziwiać, że w ogóle udało się mi wszystko ogarnąć... 

Poniedziałek: niewinny początek
Poniedziałek wieczorem, dzwoni Agnieszka z Małego poligloty” i pyta, czy dzieciaki mogą w tę sobotę w ramach zwiedzania instytucji kultury przyjść do Pleciugi. Rzucam beztrosko: jasne, pogadam z dyrektorem, na pewno wszystko wyjdzie. Nie ma sprawy, zamiast angielskiego i niemieckiego mogę mieć z dzieciakami wędrówkę po teatrze.

Jeszcze nie wiem, co mnie czeka. 

Wtorek: na telefonach
Wtorek. Mam urlop, więc sprawę zwiedzania załatwiam telefonicznie i spokojnie wracam do swoich spraw, przekonana, że w środę wszystko ładnie przygotuję. 

Środa: tylko podstawowe funkcje życiowe
W środę nic nie jest ładnie. Prawe oko funduje jakiś stały dyskomfort, lewe w ogóle odmawia współpracy poza funkcją podstawową, czyli widzeniem, ale nieustanne łzawienie, ból i kłucie w pakiecie, nie ma wersji bez dodatków. Nic nie mogę zrobić, tylko sobie jednym okiem popłakuję w monitor. Coś tam wstępnie ustaliłam odnośnie zwiedzania magazynu i pakietów dla dzieci, ale nawet nie wiem, kiedy i co dokładnie, bo oko naprawdę postanowiło sabotować wszystkie moje działania.

Ląduję u okulistki w Vision Express (wepchnięta pomiędzy zarejestrowanych pacjentów dzięki życzliwej pani z VE). Dowiaduję się, że mam zapalenie spojówek, na moje szczęście rogówka jeszcze po tyłku nie dostała, ale i tak jest kiepsko. Okulary do zrobienia i noszenia na zmianę z soczewkami obowiązkowe. A na razie antybiotyk i najlepiej jak najmniej gapienia się w komputer, żeby oczy odpoczęły.

Bardzo śmieszne. I może jeszcze żadnego czytania książek, niech te oczy od razu mają urlop all inclusive?

Czwartek: wielki zryw organizacyjny
Idę do pracy. Na szóstą rano. Właściwie do teatru docieram już o piątej trzydzieści pięć (spojrzenie Chyba naprawdę zwariowałaś” od męskiej połowy w pakiecie. Ale przywiózł mnie rano do pracy, bez względu na to, co o tym sądził). Tylko dzięki tak wczesnemu przyjazdowi udaje mi się przed wizytą u lekarza ogarnąć wszystko, czyli:

) przywieźć z magazynu gazety teatralne i ulotki;
) zebrać część programów teatralnych;
) odebrać od koleżanki kolejne programy;
) zrobić osiemdziesiąt przypinek z logo Pleciugi;
) zwinąć osiemdziesiąt plakatów (każdy osobno!);
) pójść na cotygodniowe zebranie w Urzędzie Miasta i powiedzieć coś sensownego;
) przygotować komunikat do prasy o Małym poliglocie”;
) zorientować się (dzięki telefonowi pani z TVP3), że w tym komunikacie nie podałam godzin zwiedzania;
) przygotować poprawiony komunikat do prasy, tym razem z godzinami zwiedzania;
) wrzucić informację o Małym poliglocie” na stronę internetową teatru;
) wrzucić informację o Małym poliglocie” na Facebook teatru;
–) wysłać informację o spektaklach w czasie ferii do Panoramy 7”;
) ustalić z koleżanką oprowadzanie dzieci po magazynie;
) dogadać sprawy organizacyjne - gdzie mogę wejść, które klucze dostanę etc.;
) narazić się trochę inspicjentce, bo o trzynastej ma być próba Czarodziejów”, więc muszę inaczej rozplanować oprowadzanie drugiej grupy, by się nie władować aktorom na scenę.

A potem poszłam do lekarza, dostałam zwolnienie i padłam. Oczy też. 

Piątek: przepraszam, L4
Zero soczewek, minimum starych okularów, spanie, spanie, spanie. Jeden czy dwa telefony służbowe, dalej spanie. Podczytywanie przez chwilę Madiki”, znów spanie. I tylko dopadająca momentami myśl: muszę się jakoś na jutro zebrać. Cholera. 

Sobota: nadchodzi godzina zero
Pleciuga, dziewiąta rano. Szalony pęd po wszystkich salach, które mamy obejrzeć, otwieranie drzwi, włączanie światła (za kulisami dużej sceny to wcale nie takie proste!), sprawdzanie, jak wygląda sytuacja. Przeniesienie wszystkich Gabitów” i sterty programów teatralnych do sali konferencyjnej, by dzieci mogły sobie obejrzeć. Rozłożenie materiałów, które dzieci mają dostać, tak by studenci mogli je łatwo popakować do toreb.

O właśnie, torby. Telefon do Agnieszki, a potem do Doroty z pytaniem: gdzie są torby na upominki? Ale toreb nie ma. Temat toreb rozjechał się gdzieś po drodze na boki i diabli go wzięli (wraz z samymi torbami). Wprawdzie w teatrze są jakieś reklamówki, ale kilka, a ja potrzebuję plus minus osiemdziesięciu. No to raczej nie będę ich miała.

Dzieci już się schodzą. Wysyłam jedną ze studentek do składania pakietów. Decyzja antytorbowa: wkładamy wszystko tak, by utrzymało się w środku Gabitów”, damy radę. A dzieci przybywa.

TVP3 i Radio Szczecin przyjechały równo ze mną wcześniej, więc dostają teraz po przypince Pleciugi, a ja się produkuję przed kamerą i mikrofonem, z nadzieją, że podstępne lewe oko (prawe jest bardziej cywilizowane) nie postanowi zasabotować mi kolejnego dnia pracy. Nie zasabotowało, chyba blask fleszy je onieśmielił. Albo wbił w taką pychę, że nie chciało robić wiochy. W każdym razie jakoś przetrwaliśmy całą trójką(wraz z cywilizowanym prawym) do końca nagrania.

A dzieci już chyba w komplecie. Strasznie dużym komplecie. 

Sobota, grupa pierwsza: walka na pluszową scenografię w Sali Prób
Grupa pierwsza, czyli młodsza (mniej więcej od 5 do 7 lat). Cieszą się z przypinek z logo Pleciugi. W sali kameralnej rzucają się na ruchome kubiki i dwa duże elementy scenografii na kółkach. Aby opanować dziką radość, biorę jakiś pluszowy kamień i pokazuję, że każdy przedmiot może być lalka. Ja udaję kamień, a kamień udaje psa. Przez chwilę panuje nad sytuacją. A potem znów kubiki ruszają w szaleńcza podróż.

Duża scena. Na samej scenie jeszcze jest spokojnie, ale gdy dzieci wchodzą za kulisy, spokój się kończy. O mało nie dostaję zawału, bo dzieciaki zakładają na siebie kostiumy ze spektaklu, który za parę godzin będzie grany. Ściągam je z maluchów i próbuję zainteresować olbrzymią lalka mątwy z Małej Syrenki. Działa. Przez chwilę. Lepiej zabrać dzieci do kolejnej sali...

Czyli do Sali Prób. I tu się zaczyna prawdziwe szaleństwo. W Sali Prób gramy spektakle dla najnajów, czyli dzieci do trzech lat. Część dla widowni to poduchy rozłożone na podłodze. Scena oddzielona tylko grubym, kolorowym, poduchowym sznurem to rozłożona kołdra (gramy A kuku!”). Z tyłu elementy scenografii pluszowe wieloboki, rozkładane na pół jajo krokodyla i zawieszony przy ścianie gong.

No i się zaczyna... 

Dzieciaki ganiają, biją się poduchami, rzucają w siebie elementami scenografii, uderzają w gong z całych sił. Ja biegam pomiędzy nimi jak szalona, przechwytuję kawałki widowni, sceny i spektaklu. W oczach mam szaleństwo, w głowie minę pani Marzenki, inspicjentki, gdy zobaczy, co ja jej z przygotowaną do spektaklu salą zrobiłam, a w nogach - jedno wielkie, obolałe usiąść!”. Wreszcie udaje mi się wyeksmitować dzieci z sali, ale to jeszcze nie koniec zabawy trzeba z powrotem założyć buty (na Salę Prób wolno wchodzić tylko na boso). No i nie trzeba długo czekać: już jakieś dziecko płacze, że zgubiło buty. Pół minuty i odkrywam, że nie zgubiło butów, tylko pomyliło ławkę, pod którą wcześniej te buty schowało. Mały kryzy zażegnany, idziemy do sali konferencyjnej...

... w której dzieci zamiast rzucić się najpierw na gazety i programy teatralne rzucają się na wielki ekran telewizora. No, nie wszystkie, ale dwa czy trzy wystarczyły, by ten telewizor włączyć. Podziwiam zdolności współczesnych kilkulatków, które są tak zaznajomione z nowoczesną techniką, że jednym dotknięciem włączają monitor. Ja, jako przedstawiciel dinozaurów, które pierwszy prawdziwy komputer dostały w liceum, a pierwszy Internet w połowie studiów, przez dobry kwadrans szukam na pilocie guzika do wyłączenia telewizora. Wreszcie się udaje, ale dla uczciwości przyznam, że tylko przypadkiem. Dzieci w tym czasie oglądają gazety, programy, ganiają wokół stołu i znów chcą włączyć telewizor. Nie ma co czekać, idziemy dalej.

Dalej to mój pokój, a w nim przygotowane pakiety upominkowe dla dzieci. Radości z tych upominków towarzyszą kłopoty w utrzymaniu całego pakietu (no tak, brak toreb nas karze). A po upominkach został już tylko magazyn lalek. Uf.

Magazyn lalek (mały budynek przy kościele dominikanów, kilkadziesiąt metrów od teatru) jest pełen starych kostiumów, starych dekoracji, starych lalek, jednym słowem starej Pleciugi. Dzieciaki się dobrze bawią, tylko trzeba pilnować, by nie uszkodziły którejś dekoracji albo którejś koleżanki/któregoś kolegi. Wreszcie wychodzimy i prowadzimy dzieci do autokaru, którym mają wracać na uniwersytet. Nierozważnie myślę: Uf, pierwsza grupa za mną”. Nierozważnie, bo za szybko. Przy autokarze przeżywamy bowiem moment paniki pod tytułem “brakuje nam jednego dziecka”. Nie wiadomo, jakim cudem, bo wszystkie dzieci były zliczane kilka razy. Wreszcie sprawa się wyjaśnia: jedna z opiekujących się grupami studentek źle sobie coś zaznaczyła, miał być minus, a wyszedł ptaszek czy vice versa.

Odjeżdżają. Ufff. No to teraz tylko grupa druga... 

Sobota, grupa druga: telewizja, radio i kabaret polityczny w magazynie lalek
Grupa druga (starsza mniej więcej 8 do 1112 lat) już zebrała się w foyer, więc ruszamy tym razem do duża scena będzie pierwsza, bo lada moment aktorzy zaczną próbę, a wtedy za nic w świecie nie zdołamy wejść. Coś dzieciom opowiadam, coś tłumaczę, coś pokazuję, a koledzy z obsługi technicznej zganiają zbyt zainteresowanych z przygotowywanego podestu.

Następny cel magazyn lalek. Za nami wędruje radio i telewizja. W magazynie znów połowa dzieciaków rzuca się na drewniane szable i siekiery, a druga połowa kręci się wśród dekoracji i innych rekwizytów. Wszystko całkiem dobrze i ładnie, telewizja i radio nagrywają, biorą sobie po kolei dzieciaki do wypowiedzi. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie dwóch chłopaków z mojej angielskiej grupy. Ci dwaj mają obsesję na punkcie polityków (zwłaszcza takiego jednego, którego nazwisko jest obecnie synonimem wstydu, obciachu i ośmieszania Polski w Europie i poza Europą), więc wiecznie urządzają coś w rodzaju kabaretu politycznego. Takiego pseudokabaretu. W magazynie lalek, niestety, też nam go fundują. Ja stoję ze znudzoną i zniesmaczoną miną (już się przyzwyczaiłam), ale dziewczyna z TVP3 jest załamana. Taki był dobry materiał, dzieci bawią się wśród scenografii, biegają, udają, że coś grają... a tu polityka wyskakuje, i to w tak pseudośmiesznym wydaniu. No trudno, to się wytnie, ale zawsze szkoda... 

Wyciągam wreszcie dzieciaki z magazynu (przy wejściu zostajemy cofnięci musimy wyjść jeszcze raz, tylko do kamery, parami i z uśmiechem! O uśmiech na szczęście nietrudno. O pary gorzej).

Powrót do teatru i ruszamy w rundę po kolejnych salach. Nierozważnie (to słowo mnie w tę sobotę podsumowuje) myślę: to starsze dzieci, więc pójdzie łatwiej i spokojniej. Tak jakbym nie znała starszych dzieci i nie wiedziała, że…

... że wcale nie pójdzie łatwiej i spokojniej. Starsze szaleją tak samo jak młodsze, zwłaszcza w Sali Prób. To, co po pierwszej grupie wyglądało jak przejście tornada, teraz przypomina przemarsz wojsk Armii Czerwonej (tylko bajzel większy). Wreszcie (po stu latach, czyli jakiejś godzinie) docieramy do punktu z fantami. Dzieciaki biorą swoje upominki, niektóre zabierają dodatkowe plakaty dla brata, siostry, kuzyna i schodzimy do foyer. I znów chwila nierozwagi, bo pozwalam sobie odetchnąć z ulgą. Błąd. Niektórzy z rodziców odbierających dzieci zapominają, że muszą dziecko pokwitować (tak, pokwitować podpisać, że odebrali je z zajęć), więc studentkom zaczyna się nie zgadzać lista dzieci przyjętych i lista dzieci oddanych. Przyjemność ganiania po foyer za rodzicami z listą, długopisem i okrzykiem Ale proszę się podpisać!” pozostawiam już wolontariuszkom niech też poczują w pełni, że były z dziećmi w Pleciudze. Bo ja poczułam do sześcianu. 

Sobota, już po wszystkim: uff, już po wszystkim!
Po wszystkim. Nie wierzę. Półprzytomna zbieram materiały z sali konferencyjnej (i robię tymi materiałami jakże profesjonalne srrruuu!” na biurko w swoim pokoju), układam wszystko porządnie w Sali Prób (moje wysiłki podsumowuje minutę później jeden z elektroakustyków, rzucając na korytarzu: A co tam taki bajzel?”; ale zaraz potem dodaje, że sam to jeszcze raz porządnie ułoży, dzięki ci, dobry człowieku!) i już tylko ćwierćprzytomna wlokę się do wyjścia. Marzę o łóżku, gorącej herbacie, czymś słodkim, książce i absolutnej ciszy.

W następnych dniach dostaję sygnały, że zwiedzanie Pleciugi się udało, dzieci były zadowolone. To dobrze. Ja, szczerze mówiąc, też byłam zadowolona i świetnie się bawiłam tylko mogłam to stwierdzić dopiero wtedy, gdy już porządnie po całej akcji odpoczęłam. Bo wykańczające to było szalenie. Ale i szalenie ciekawe.

A tu Pleciuga od kuchni według TVP Szczecin. Całkiem ładnie wyszło.

Logo: Uniwersytet Dziecięcy Mały poliglota.
Zdjęcia: Karolina Ubych (kolejno: zaglądamy do garderoby aktorów; robimy głupie miny do lustra; oglądanie gazet i programów teatralnych, teatralny telewizor w tle; wędrówka po magazynie lalek).

OKOŁOWALENTYNKOWO: PO CZYM POZNAĆ NIEIDEALNEGO FACETA?

Gdy (trochę przez walentynki, a trochę niezależnie od nich) myślałam o swoim związku i o cudzych związkach, i o wzorach podsuwanych przez kulturę popularno-masową czy czasopisma typu Cosmo”, przeżyłam (bardzo banalną) epifanię: mieć faceta nieidealnego to najlepsze, co można mieć, jeśli chodzi o temat facetów idealnych. Zaczęłam sobie nawet w głowie punktować, po czym takiego nieidealnego faceta poznać, i co nieco mi się zebrało. Chociaż oczywiście i tak nie wyczerpałam tematu.


Otóż faceta nieidealnego można poznać po czym, że:


1. Lubi gotować i dobrze gotuje, co wprawdzie ma swoje ciemne strony (możesz utracić palmę pierwszeństwa w smażeniu naleśników), ale głównie ma te dobre.


2. Lubi jeść rzeczy, których ty nie lubisz. I rzeczy, których ty nie powinnaś jeść (według siebie, Cosmo” czy koleżanki). Na przykład chipsy. Albo ciastka z Biedronki. Albo pizzę z owocami morza. Przez to, że on lubi je jeść i czasem przynosi je do domu, ty możesz z czystym sumieniem (to nie ja kupiłam”) i z szansą na zepchnięcie winy na kogoś innego (to on je przyniósł”) zjeść coś kalorycznego, fastfoodowego albo średnio zdrowego.


(Najśmieszniejsze, że zjedzenie tego od czasu do czasu wcale nie zabija twojej wagi, twojego zdrowia i twojej silnej woli. No, może troszeczkę. Ale właściwie dlaczego nie możesz czasem zjeść czegoś kalorycznego i niezdrowego ze smakiem i bez poczucia winy? Kobiece jedzenie jest tak mocno naznaczone przez kulturę winą, że chwilami aż jeść się odechciewa. Więc w ramach czystej zemsty na kulturowych stereotypach zjedz sobie czasem chipsy, frytki z KFC czy wielkie ciasto. Jasne, nie dzień w dzień, bo to zwyczajnie niezdrowe. Ale od czasu do czasu czemu nie. I niech się tabela z kaloriami pocałuje w druczek).


A przez to, że lubi jeść to, czego ty nie lubisz, czasem trzeba zrobić dwa osobne posiłki, co oczywiście nie jest zbyt wygodne. No cóż.


3. Zabija pająki. I to nawet zanim ty te pająki zobaczysz i zdążysz narobić wrzasku na całą ulicę.


(Jeśli o mnie chodzi, to wychodzę z wygodnickiego załozenia, że jacyś tam bogowie, jeśli kiedykolwiek byli i zrobili cokolwiek w jakimkolwiek celu, to zrobili właśnie to: stworzyli facetów, aby było komu zabijać pająki. Ja przed pająkami uciekam w panice. W sytuacjach kryzysowych czyli gdy pod ręką nie ma kogoś, kto by mnie wyręczył jestem w stanie jakoś się wreszcie zebrać - po bardzo długim ataku histerii i jakoś tego pająka rozkwasić najlepiej cudzym butem ale zwłoki pozostawiam już innym do sprzątania. Najpierw zresztą tłukę te zwłoki butem tak długo, aż zostaje tylko rozklapciała plama, po czym zostawiam na tej plamie but, aby przypadkiem rozklapciała plama nie mogła uciec, i sama uciekam).


4. Czasem jest zwyczajnie zmęczony i wszystko, o czym marzy, to położyć się spać. Tak jak czasem ty. To czasem” nie zawsze się u obu stron nachodzi, ale to też normalne. I ludzkie.


5. Ma niedzielnego lenia i leży przez część dnia, robiąc to, co lubi (na przykład grając w jakąś grę). Tak jak ty leżysz i robisz to, co lubisz (na przykład czytasz jakąś książkę).


6. Ma zainteresowania zupełnie spoza twojej przestrzeni. Ty też masz zainteresowania spoza jego przestrzeni. I jakoś się daje z tym żyć, nawet całkiem sprawnie i bezproblemowo.


(To naprawdę istotne, bo czasem odnoszę wrażenie, że o ile ludzie są w stanie wybaczyć zainteresowania spoza swojej przestrzeni przyjaciołom, o tyle partnerowi/partnerce nie albo nie do końca. Tak jakby partner/partnerka to była osoba, która obowiązkowo musi mieć takie same, podobne albo głównie podobne zainteresowania. Jasne, pewien zakres podobieństwa pod tym względem jest dobry i potrzebny, ale bez przesady - nie musimy się kopiować. Ważne tylko, żeby szanować te cudze przestrzenie.


Ja na przykład nie rozumiem gier komputerowych, nie czuję ich klimatu i ani mnie do nich nie ciągnęło, ani nie ciągnie. Z grami na komórce jest tak samo (no, łączenie torów pociągów to mały wyjątek, który potwierdza regułę). I nie ma we mnie nawet zaciekawienia, chęci, by tych gier spróbować. Ale mowy nie ma, bym z tego powodu miała deprecjonować czyjeś granie w gry komputerowe/komórkowe czy to granie mojej przyjaciółki, czy to granie moich dobrych koleżanek z FB, czy to granie mojego faceta. W każdym wypadku nie rozumiem tych gier tak samo. I w każdym wypadku tak samo szanuję prawo innych osób do grania w coś, czego ja za nic nie rozumiem).


7. Marudzi. Nie zawsze, ale czasem się zdarzy. Czasem z poważnego powodu, czasem z niezbyt poważnego, czasem z powodu błahostki, a czasem bez powodu. Dzięki temu czujesz, że masz do czynienia z normalnym człowiekiem, który ma swoje humory i niehumory. I to jest dobre.


8. Umie prowadzić samochód (ja nie umiem) to plus. I marudzi, byś nie trzaskała tak mocno drzwiami (ja trzaskam). To minus. Bilans wychodzi bardziej na plus.


9. Możesz spokojnie przełączać muzykę w jego samochodzie.


10. Ma podobny do twojego gust muzyczny, co trochę ułatwia sprawę z punktu dziewiątego.


11. Nie ma problemu z twoim wyznaniem, choć sam jest innego wyznania.


(Trochę tu jednak zależy od samego wyznania... Ateiści podchodzą bardziej wyrozumiale do cudzych wyznań. Buddyści nie narzucają swojego, bo w buddyzmie coś takiego jak działalność misjonarska, rozumiana w kategoriach chrześcijańskich, nie ma racji bytu. Gdyby z ateizmem czy buddyzmem zderzył się katolicyzm, byłoby zapewne znacznie gorzej. Sprawdzone doświadczalnie).


12. Interesuje się, czy to, co chce wybrać, Tobie też się podoba. Przy czym niekoniecznie będzie ci się to podobać i może nawet sprawa skończy się ostrym sporem, ale w domu nie pojawi się coś albo coś nie zniknie na zasadzie bo ja tak chcę i się wypchaj”.


13. Czasem mówi językiem, którego nie rozumiesz. Na przykład fachowym z zupełnie innej przestrzeni fachowości/zainteresowań niż twoja. Czasem ty mówisz językiem, którego on nie rozumie. Też z innej przestrzeni fachowości/zainteresowań. Da się przeżyć, choć wymaga akcji translatorskich.


14. Umie rozmawiać o sprawach, problemach i uczuciach. To czasem jest kłopotliwe, bo wymaga omówienia czegoś, czego tak strasznie nie chce się omawiać, ale na dalszą metę jest zdecydowanie dobre.


15. Ma dość zero-jedynkowy sposób patrzenia na przedmioty w domowej przestrzeni. Minus nie zawsze rozumie, dlaczego koniecznie chcesz zatrzymać coś, co z jego punktu widzenia kompletnie nie ma wartości i zagraca przestrzeń (uwaga: nie rozumie” nie oznacza nie szanuje”). Plus dzięki tej zero-jedynkowości zaczynasz trochę inaczej patrzeć na własną przestrzeń i czasem łatwiej ci przychodzi pozbyć się czegoś, czego tak naprawdę wcale nie chcesz mieć, tylko się do tego nie przyznawałaś (bo trzyma cię męczące poczucie powinnam to zatrzymać, skoro dostałam” albo kilka innych powodów ale na ten temat przyjdzie czas, gdy skończę czytać Magię sprzątania” Marie Kondo).


16. Nie lubi wycierać naczyń. Bardzo dobra sytuacja, bo jej rozwiązanie wygląda tak: on zmywa, ty wycierasz. Ewentualnie odwrotnie: ty zmywasz, on wyciera. Albo: on prasuje, ty pierzesz (lub vice versa). Chodzi o to, że ma, tak samo jak ty, pewne prace domowe, które lubi i których nie lubi, i znajduje sposób na podzielenie się nimi tak, by obie strony w miarę możliwości nie cierpiały.


17. Przy jedzeniu gra w grę na komórce. Sytuacja idealna, bo spokojnie możesz przy jedzeniu czytać książkę lub gazetę. I nikt nie marudzi nie czytaj przy jedzeniu, to nieładnie/nieelegancko/to brak dobrego wychowania”.


(Między nami, mam w nosie takie wychowanie, w którym czytanie jest jego brakiem).


18. Marudzi, że długo siedzisz w łazience. No cóż, z reguły w związkach jedna z osób siedzi w łazience dłużej niż druga/pozostałe, tego się nie przeskoczy. Chyba że akurat trafi się para, która w łazience siedzi dokładnie tyle samo czasu, ale mnie to przerasta.


19. Gdy w czasie jazdy na łyżwach wyłożysz się jak długa na lodowisku, zbiera cię z tafli i otrzepuje lodu. Czujesz się przez to trochę jak dzieciak (doprawdy, trochę śniegu na spodniach czy kurtce cię nie zabije), ale miło mieć poczucie, że obok jest ktoś gotów pomóc wstać albo utrzymać równowagę.


20. Zagania cię do roboty w domu. Wspólnej. Na zasadzie ja zamiotę podłogę, a ty wytrzyj naczynia, to potem zrobimy pranie”. Nie zawsze ci się chce, zwłaszcza gdy się wygodnie rozsiądziesz z gazetą, ale wiesz, że w końcu trzeba się zebrać i ogarnąć ten syf. Oczywiście, idealna sytuacja byłaby taka, że on zrobiłby to wszystko sam, myślisz. A potem myślisz: ale gdyby było na odwrót, czyli on oczekiwał, że ja wszystko zrobię sama, to szlag by mnie trafił. Po czym, podniesiona na duchu wnioskiem, który płynie z dwóch wcześniejszych zdań, wstajesz (choć wciąż niechętnie) i idziesz wytrzeć te naczynia, podczas gdy on zamiata podłogę.


21. Cieszy się z twoich sukcesów i jest z ciebie dumny nawet jeśli to, co robisz, znajduje się kompletnie poza jego przestrzenią zainteresowań i czasem może się wręcz wydawać czarna magią. Po prostu cieszy się, że odniosłaś ważny dla siebie sukces i jesteś szczęśliwa.


Nie każdy to potrafi.

***

Jak wspominałam na początku, ta lista zdecydowanie nie wyczerpuje tematu. I dobrze. Może być jednak jakimś punktem wyjścia albo wstępną propozycją rozpoznania faceta nieidealnego. Czyli rzeczywistego.


Jeszcze mała uwaga: cały powyższy zestaw tak samo może się odnosić do nieidealnej dziewczyny i nieidealnych związków damsko-damskich, męsko-męskich czy poliamorycznych. Pewnie z drobnymi modyfikacjami (patrz punkt: pająki), ale modyfikacje to rzecz indywidualna, a nie płciowa. Jest mi po prostu wygodniej pisać ze swojego punktu widzenia i w odniesieniu do własnej, konkretnej sytuacji (te pająki na przykład nie każdego muszą ruszać, ale dla mnie są wyznacznikiem czegoś ważnego w związku. Ktoś jest gotów zatłuc dla mnie makabrycznie wielkiego pająka = mogę liczyć, że zostanę ze swoją fobią jakoś zrozumiana i wsparta) niż w formie ogólników. Ogólników w ogóle staram się unikać; zza ogólników widać wiele istotnych rzeczy, ale nie widać mnie. A ja chcę się widzieć i dawać widzieć na własnym blogu.


Ciekawa jestem, co inni by dorzucili do takiej listy idealnie nieidealnego partnera. Ktoś się podzieli?


Zdjęcia: stąd, stąd, stąd i stąd.