10/21/2015

MOJE MIEJSCA SZCZECIŃSKIE: COFFEE POINT

Gdy podczas studiów magisterskich wpadałam do Książnicy Pomorskiej rano, przed dziewiątą, musiałam się liczyć z koniecznością czekania, aż otworzą bibliotekę – mało przyjemną koniecznością czekania, bo na dworze, przed wejściem. Pół biedy jeszcze, jeśli było ciepło i ładnie, a ja zdążyłam już coś zjeść i wypić herbatę (co się zdarzało rzadko), a poza tym nie miałam wielkiej, ciężkiej torby wypchanej książkami (co się zdarzało jeszcze rzadziej). Jeśli było zimno, padało, wiało, byłam głodna i obciążona tomiszczami, to czekanie stawało się koszmarem, podczas którego odliczałam każde dziesięć sekund zbliżające mnie do dziewiątej. Wprawdzie przed wejściem do KP jest zadaszona przestrzeń, więc można się schować przed najgorszymi atakami pogody, ale poza tym nic już nie pomagało. Czekałam tak zwykle z mniejszą lub większą grupą ludzi w moim wieku, przestępowaliśmy nerwowo z nogi na nogę i patrzyliśmy niecierpliwie na zegarki. Atmosfera nie należała do najlepszych. Z reguły szczerze tego czekania nie znosiłam.