MAGAZYN LALEK, BITWA NA SCENOGRAFIĘ I KABARET POLITYCZNY...

... czyli jak to naprawdę było z Małym poliglotą w Pleciudze.

W pierwszą sobotę lutego dzieci z Uniwersytetu Dziecięcego Mały poliglota” zwiedzały pod moją opieką Pleciugę. Brzmi ładnie i dosyć prosto, prawda? I rzeczywiście, było ładnie. Ale wcale nie tak prosto. Jeśli myślicie, że ogarnięcie gromady dzieci szalejących po zakamarkach teatru jest łatwe, to mało wiecie o dzieciach. Tak jak ja, bo mimo paru lat pracy z nimi jeszcze się czasem łudzę.

A gdy się dodatkowo weźmie pod uwagę, że do żywiołu dzieci dołożyły się moje problemy zdrowotne, które oczywiście musiały wyskoczyć akurat wtedy, to tylko podziwiać, że w ogóle udało się mi wszystko ogarnąć... 

Poniedziałek: niewinny początek
Poniedziałek wieczorem, dzwoni Agnieszka z Małego poligloty” i pyta, czy dzieciaki mogą w tę sobotę w ramach zwiedzania instytucji kultury przyjść do Pleciugi. Rzucam beztrosko: jasne, pogadam z dyrektorem, na pewno wszystko wyjdzie. Nie ma sprawy, zamiast angielskiego i niemieckiego mogę mieć z dzieciakami wędrówkę po teatrze.

Jeszcze nie wiem, co mnie czeka. 

Wtorek: na telefonach
Wtorek. Mam urlop, więc sprawę zwiedzania załatwiam telefonicznie i spokojnie wracam do swoich spraw, przekonana, że w środę wszystko ładnie przygotuję. 

Środa: tylko podstawowe funkcje życiowe
W środę nic nie jest ładnie. Prawe oko funduje jakiś stały dyskomfort, lewe w ogóle odmawia współpracy poza funkcją podstawową, czyli widzeniem, ale nieustanne łzawienie, ból i kłucie w pakiecie, nie ma wersji bez dodatków. Nic nie mogę zrobić, tylko sobie jednym okiem popłakuję w monitor. Coś tam wstępnie ustaliłam odnośnie zwiedzania magazynu i pakietów dla dzieci, ale nawet nie wiem, kiedy i co dokładnie, bo oko naprawdę postanowiło sabotować wszystkie moje działania.

Ląduję u okulistki w Vision Express (wepchnięta pomiędzy zarejestrowanych pacjentów dzięki życzliwej pani z VE). Dowiaduję się, że mam zapalenie spojówek, na moje szczęście rogówka jeszcze po tyłku nie dostała, ale i tak jest kiepsko. Okulary do zrobienia i noszenia na zmianę z soczewkami obowiązkowe. A na razie antybiotyk i najlepiej jak najmniej gapienia się w komputer, żeby oczy odpoczęły.

Bardzo śmieszne. I może jeszcze żadnego czytania książek, niech te oczy od razu mają urlop all inclusive?

Czwartek: wielki zryw organizacyjny
Idę do pracy. Na szóstą rano. Właściwie do teatru docieram już o piątej trzydzieści pięć (spojrzenie Chyba naprawdę zwariowałaś” od męskiej połowy w pakiecie. Ale przywiózł mnie rano do pracy, bez względu na to, co o tym sądził). Tylko dzięki tak wczesnemu przyjazdowi udaje mi się przed wizytą u lekarza ogarnąć wszystko, czyli:

) przywieźć z magazynu gazety teatralne i ulotki;
) zebrać część programów teatralnych;
) odebrać od koleżanki kolejne programy;
) zrobić osiemdziesiąt przypinek z logo Pleciugi;
) zwinąć osiemdziesiąt plakatów (każdy osobno!);
) pójść na cotygodniowe zebranie w Urzędzie Miasta i powiedzieć coś sensownego;
) przygotować komunikat do prasy o Małym poliglocie”;
) zorientować się (dzięki telefonowi pani z TVP3), że w tym komunikacie nie podałam godzin zwiedzania;
) przygotować poprawiony komunikat do prasy, tym razem z godzinami zwiedzania;
) wrzucić informację o Małym poliglocie” na stronę internetową teatru;
) wrzucić informację o Małym poliglocie” na Facebook teatru;
–) wysłać informację o spektaklach w czasie ferii do Panoramy 7”;
) ustalić z koleżanką oprowadzanie dzieci po magazynie;
) dogadać sprawy organizacyjne - gdzie mogę wejść, które klucze dostanę etc.;
) narazić się trochę inspicjentce, bo o trzynastej ma być próba Czarodziejów”, więc muszę inaczej rozplanować oprowadzanie drugiej grupy, by się nie władować aktorom na scenę.

A potem poszłam do lekarza, dostałam zwolnienie i padłam. Oczy też. 

Piątek: przepraszam, L4
Zero soczewek, minimum starych okularów, spanie, spanie, spanie. Jeden czy dwa telefony służbowe, dalej spanie. Podczytywanie przez chwilę Madiki”, znów spanie. I tylko dopadająca momentami myśl: muszę się jakoś na jutro zebrać. Cholera. 

Sobota: nadchodzi godzina zero
Pleciuga, dziewiąta rano. Szalony pęd po wszystkich salach, które mamy obejrzeć, otwieranie drzwi, włączanie światła (za kulisami dużej sceny to wcale nie takie proste!), sprawdzanie, jak wygląda sytuacja. Przeniesienie wszystkich Gabitów” i sterty programów teatralnych do sali konferencyjnej, by dzieci mogły sobie obejrzeć. Rozłożenie materiałów, które dzieci mają dostać, tak by studenci mogli je łatwo popakować do toreb.

O właśnie, torby. Telefon do Agnieszki, a potem do Doroty z pytaniem: gdzie są torby na upominki? Ale toreb nie ma. Temat toreb rozjechał się gdzieś po drodze na boki i diabli go wzięli (wraz z samymi torbami). Wprawdzie w teatrze są jakieś reklamówki, ale kilka, a ja potrzebuję plus minus osiemdziesięciu. No to raczej nie będę ich miała.

Dzieci już się schodzą. Wysyłam jedną ze studentek do składania pakietów. Decyzja antytorbowa: wkładamy wszystko tak, by utrzymało się w środku Gabitów”, damy radę. A dzieci przybywa.

TVP3 i Radio Szczecin przyjechały równo ze mną wcześniej, więc dostają teraz po przypince Pleciugi, a ja się produkuję przed kamerą i mikrofonem, z nadzieją, że podstępne lewe oko (prawe jest bardziej cywilizowane) nie postanowi zasabotować mi kolejnego dnia pracy. Nie zasabotowało, chyba blask fleszy je onieśmielił. Albo wbił w taką pychę, że nie chciało robić wiochy. W każdym razie jakoś przetrwaliśmy całą trójką(wraz z cywilizowanym prawym) do końca nagrania.

A dzieci już chyba w komplecie. Strasznie dużym komplecie. 

Sobota, grupa pierwsza: walka na pluszową scenografię w Sali Prób
Grupa pierwsza, czyli młodsza (mniej więcej od 5 do 7 lat). Cieszą się z przypinek z logo Pleciugi. W sali kameralnej rzucają się na ruchome kubiki i dwa duże elementy scenografii na kółkach. Aby opanować dziką radość, biorę jakiś pluszowy kamień i pokazuję, że każdy przedmiot może być lalka. Ja udaję kamień, a kamień udaje psa. Przez chwilę panuje nad sytuacją. A potem znów kubiki ruszają w szaleńcza podróż.

Duża scena. Na samej scenie jeszcze jest spokojnie, ale gdy dzieci wchodzą za kulisy, spokój się kończy. O mało nie dostaję zawału, bo dzieciaki zakładają na siebie kostiumy ze spektaklu, który za parę godzin będzie grany. Ściągam je z maluchów i próbuję zainteresować olbrzymią lalka mątwy z Małej Syrenki. Działa. Przez chwilę. Lepiej zabrać dzieci do kolejnej sali...

Czyli do Sali Prób. I tu się zaczyna prawdziwe szaleństwo. W Sali Prób gramy spektakle dla najnajów, czyli dzieci do trzech lat. Część dla widowni to poduchy rozłożone na podłodze. Scena oddzielona tylko grubym, kolorowym, poduchowym sznurem to rozłożona kołdra (gramy A kuku!”). Z tyłu elementy scenografii pluszowe wieloboki, rozkładane na pół jajo krokodyla i zawieszony przy ścianie gong.

No i się zaczyna... 

Dzieciaki ganiają, biją się poduchami, rzucają w siebie elementami scenografii, uderzają w gong z całych sił. Ja biegam pomiędzy nimi jak szalona, przechwytuję kawałki widowni, sceny i spektaklu. W oczach mam szaleństwo, w głowie minę pani Marzenki, inspicjentki, gdy zobaczy, co ja jej z przygotowaną do spektaklu salą zrobiłam, a w nogach - jedno wielkie, obolałe usiąść!”. Wreszcie udaje mi się wyeksmitować dzieci z sali, ale to jeszcze nie koniec zabawy trzeba z powrotem założyć buty (na Salę Prób wolno wchodzić tylko na boso). No i nie trzeba długo czekać: już jakieś dziecko płacze, że zgubiło buty. Pół minuty i odkrywam, że nie zgubiło butów, tylko pomyliło ławkę, pod którą wcześniej te buty schowało. Mały kryzy zażegnany, idziemy do sali konferencyjnej...

... w której dzieci zamiast rzucić się najpierw na gazety i programy teatralne rzucają się na wielki ekran telewizora. No, nie wszystkie, ale dwa czy trzy wystarczyły, by ten telewizor włączyć. Podziwiam zdolności współczesnych kilkulatków, które są tak zaznajomione z nowoczesną techniką, że jednym dotknięciem włączają monitor. Ja, jako przedstawiciel dinozaurów, które pierwszy prawdziwy komputer dostały w liceum, a pierwszy Internet w połowie studiów, przez dobry kwadrans szukam na pilocie guzika do wyłączenia telewizora. Wreszcie się udaje, ale dla uczciwości przyznam, że tylko przypadkiem. Dzieci w tym czasie oglądają gazety, programy, ganiają wokół stołu i znów chcą włączyć telewizor. Nie ma co czekać, idziemy dalej.

Dalej to mój pokój, a w nim przygotowane pakiety upominkowe dla dzieci. Radości z tych upominków towarzyszą kłopoty w utrzymaniu całego pakietu (no tak, brak toreb nas karze). A po upominkach został już tylko magazyn lalek. Uf.

Magazyn lalek (mały budynek przy kościele dominikanów, kilkadziesiąt metrów od teatru) jest pełen starych kostiumów, starych dekoracji, starych lalek, jednym słowem starej Pleciugi. Dzieciaki się dobrze bawią, tylko trzeba pilnować, by nie uszkodziły którejś dekoracji albo którejś koleżanki/któregoś kolegi. Wreszcie wychodzimy i prowadzimy dzieci do autokaru, którym mają wracać na uniwersytet. Nierozważnie myślę: Uf, pierwsza grupa za mną”. Nierozważnie, bo za szybko. Przy autokarze przeżywamy bowiem moment paniki pod tytułem “brakuje nam jednego dziecka”. Nie wiadomo, jakim cudem, bo wszystkie dzieci były zliczane kilka razy. Wreszcie sprawa się wyjaśnia: jedna z opiekujących się grupami studentek źle sobie coś zaznaczyła, miał być minus, a wyszedł ptaszek czy vice versa.

Odjeżdżają. Ufff. No to teraz tylko grupa druga... 

Sobota, grupa druga: telewizja, radio i kabaret polityczny w magazynie lalek
Grupa druga (starsza mniej więcej 8 do 1112 lat) już zebrała się w foyer, więc ruszamy tym razem do duża scena będzie pierwsza, bo lada moment aktorzy zaczną próbę, a wtedy za nic w świecie nie zdołamy wejść. Coś dzieciom opowiadam, coś tłumaczę, coś pokazuję, a koledzy z obsługi technicznej zganiają zbyt zainteresowanych z przygotowywanego podestu.

Następny cel magazyn lalek. Za nami wędruje radio i telewizja. W magazynie znów połowa dzieciaków rzuca się na drewniane szable i siekiery, a druga połowa kręci się wśród dekoracji i innych rekwizytów. Wszystko całkiem dobrze i ładnie, telewizja i radio nagrywają, biorą sobie po kolei dzieciaki do wypowiedzi. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie dwóch chłopaków z mojej angielskiej grupy. Ci dwaj mają obsesję na punkcie polityków (zwłaszcza takiego jednego, którego nazwisko jest obecnie synonimem wstydu, obciachu i ośmieszania Polski w Europie i poza Europą), więc wiecznie urządzają coś w rodzaju kabaretu politycznego. Takiego pseudokabaretu. W magazynie lalek, niestety, też nam go fundują. Ja stoję ze znudzoną i zniesmaczoną miną (już się przyzwyczaiłam), ale dziewczyna z TVP3 jest załamana. Taki był dobry materiał, dzieci bawią się wśród scenografii, biegają, udają, że coś grają... a tu polityka wyskakuje, i to w tak pseudośmiesznym wydaniu. No trudno, to się wytnie, ale zawsze szkoda... 

Wyciągam wreszcie dzieciaki z magazynu (przy wejściu zostajemy cofnięci musimy wyjść jeszcze raz, tylko do kamery, parami i z uśmiechem! O uśmiech na szczęście nietrudno. O pary gorzej).

Powrót do teatru i ruszamy w rundę po kolejnych salach. Nierozważnie (to słowo mnie w tę sobotę podsumowuje) myślę: to starsze dzieci, więc pójdzie łatwiej i spokojniej. Tak jakbym nie znała starszych dzieci i nie wiedziała, że…

... że wcale nie pójdzie łatwiej i spokojniej. Starsze szaleją tak samo jak młodsze, zwłaszcza w Sali Prób. To, co po pierwszej grupie wyglądało jak przejście tornada, teraz przypomina przemarsz wojsk Armii Czerwonej (tylko bajzel większy). Wreszcie (po stu latach, czyli jakiejś godzinie) docieramy do punktu z fantami. Dzieciaki biorą swoje upominki, niektóre zabierają dodatkowe plakaty dla brata, siostry, kuzyna i schodzimy do foyer. I znów chwila nierozwagi, bo pozwalam sobie odetchnąć z ulgą. Błąd. Niektórzy z rodziców odbierających dzieci zapominają, że muszą dziecko pokwitować (tak, pokwitować podpisać, że odebrali je z zajęć), więc studentkom zaczyna się nie zgadzać lista dzieci przyjętych i lista dzieci oddanych. Przyjemność ganiania po foyer za rodzicami z listą, długopisem i okrzykiem Ale proszę się podpisać!” pozostawiam już wolontariuszkom niech też poczują w pełni, że były z dziećmi w Pleciudze. Bo ja poczułam do sześcianu. 

Sobota, już po wszystkim: uff, już po wszystkim!
Po wszystkim. Nie wierzę. Półprzytomna zbieram materiały z sali konferencyjnej (i robię tymi materiałami jakże profesjonalne srrruuu!” na biurko w swoim pokoju), układam wszystko porządnie w Sali Prób (moje wysiłki podsumowuje minutę później jeden z elektroakustyków, rzucając na korytarzu: A co tam taki bajzel?”; ale zaraz potem dodaje, że sam to jeszcze raz porządnie ułoży, dzięki ci, dobry człowieku!) i już tylko ćwierćprzytomna wlokę się do wyjścia. Marzę o łóżku, gorącej herbacie, czymś słodkim, książce i absolutnej ciszy.

W następnych dniach dostaję sygnały, że zwiedzanie Pleciugi się udało, dzieci były zadowolone. To dobrze. Ja, szczerze mówiąc, też byłam zadowolona i świetnie się bawiłam tylko mogłam to stwierdzić dopiero wtedy, gdy już porządnie po całej akcji odpoczęłam. Bo wykańczające to było szalenie. Ale i szalenie ciekawe.

A tu Pleciuga od kuchni według TVP Szczecin. Całkiem ładnie wyszło.

Logo: Uniwersytet Dziecięcy Mały poliglota.
Zdjęcia: Karolina Ubych (kolejno: zaglądamy do garderoby aktorów; robimy głupie miny do lustra; oglądanie gazet i programów teatralnych, teatralny telewizor w tle; wędrówka po magazynie lalek).

CONVERSATION

1 komentarze:

  1. Nie czytam długich wpisów, a tu proszę dotrwałam do końca. Ha ha ha ha :)

    OdpowiedzUsuń

Back
to top